Święto niezrozumianej Niepodległości


 

Gdybym nie znała historii, a moim jedynym źródłem informacji był facebook, twitter i jedne z większych portali publicystyczno-informacyjnych , to miałabym słuszne wątpliwości czy Święto Niepodległości jest świętem radosnym. 

Wczoraj podjęłam ostateczną decyzję, że nawet gdyby moja jesienna gorączka spadła, to nie wzięłabym udziału w żadnym z proponowanych marszy. Po każdej stronie są skrajności, z którymi nie chciałabym się identyfikować i po każdej z nich istnieje stan wysokiego ryzyka wpadnięcia w młyn patriotycznych zamieszek. To nic innego jak efekt źle rozumianej niepodległości, tej indywidualnej, która „wie lepiej”, tej podzielonej na prawicę lub lewicę, tej pogubionej w meandrach wiary lub niewiary, tej która na własny użytek manipuluje Bogiem, honorem i ojczyzną.
Święto Niepodległości stało się okazją do przepychania własnych ideologii, protestów i manifestacji. W minionym tygodniu przynajmniej na kilku fanpagach widziałam nawoływanie do organizowania grup, które miały iść specjalnie albo na Marsz Niepodległości, albo na marsz Prezydenta, żeby „coś” pokazać. To „coś” było oczywiście zależne od charyzmatu danej grupy. Znowu 11 listopada stał się dniem statystyk pod tytułem „kto da więcej”. Znowu to dzień przekłamań medialnych i politycznych.
Dziś na samym facebooku ze „Świętem Niepodległości” w zdecydowanej większości wiązały się hasła takie jak: nienawiść, zamieszki, prowokacja i faszyzm.

Niezrozumienie idei „niepodległości” niesie za sobą kolejną absurdalną postawę, czyli buntowanie się przeciwko marszowi, który zorganizował Prezydent Komorowski. Tymczasem to nie Prezydenta mamy „świętować”, nie dla niego stawać w jednym szeregu. Jednoczyć powinniśmy się tylko i wyłącznie z powodu niepodległej Polski, bo to dzięki niej mamy prawo nie lubić Prezydenta i mamy prawo go zmienić większością głosów.
11 listopada to świętowanie wolności, a nie politycznych sympatii.

Po chwili zastanowienia stwierdzam, że gdybym miała dzieci i jednak chciała wybrać się ze swoją rodziną na marsz, to wybrałabym marsz Prezydenta. Dlaczego? Bo byłabym spokojna o swoich najbliższych. Niestety nasze „świętowanie” w innych odsłonach tradycyjnie wiąże się z zamieszkami, czyli niebezpieczeństwem.

Choć przyznam szczerze, że od jakiegoś czasu namolnie chodzi po mej głowie pomysł na radosne, spokojne i rodzinne świętowanie w domu, w tej pierwszej, małej ojczyźnie. Bliżej mi do indyka i wspólnego stołu, niż do „patriotów” w maskach.

 

 

 

ps. dla dociekliwych: do indyka mi bliżej, bo go po prostu potrafię zrobić ;-)