Nieś ludziom Światło, a nie zapałkę


 

 

Spotkało mnie coś nieoczekiwanego i coś czego nie chciałabym powtórnie doświadczyć. Na przyszłość dostałam ważną lekcję: przytępić swoją babską ciekawość i nie klikać w co poniektóre komunikaty na Facebooku. Bo wiadomo, że jak w kobietę coś trafi, to potem przeżywa. Ja przeżyłam również, ni to rozczarowanie, ni to złość. Było w tym trochę smutku i zdziwienia. A najwięcej pozostało pytań.

Kościół jest różnorodny – i dobrze. Jeśli tylko w danej wspólnocie nie przekłamuje się, nie nad-interpretowuje i nie spłyca Pisma Św. i Tradycji, jeśli ktoś kieruje się w swoim życiu Przykazaniem Miłości i stara się przebaczać swoim winowajcom, to różnorodność charyzmatów, talentów i osobowości wzbogaca Kościół. Ale jak wszędzie i tu spotkać można karykatury wspólnot i dróg, które powielają jedynie stereotypy, utwierdzając niezorientowanych w fałszywym obrazie Kościoła.

Najwięcej zaobserwowanych przeze mnie wojen toczy się pomiędzy tzw. tradsami, a „posoborowcami” /NOMowcy. Od dłuższego czasu zastanawiam się czy tradsi, to jeszcze tradycjonaliści, czy nie bliżej im do kiboli, którzy z kibicami niewiele mają wspólnego, oprócz tego, że spotykają się na tym samym stadionie. Bynajmniej ci, co krzyczą najgłośniej mało mają wspólnego z tradycjonalistami, których ja znam, a którzy nie tylko mają wielki szacunek do Tradycji i Liturgii, ale również do drugiego człowieka. Jednak medal ma dwie strony – a jakże! A po drugiej stronie „postępowi”, wylajtowani i „autentyczni” w swojej swawolności księża – przedstawiciele stereotypowych NOMów. Pozwólcie, że będę unikać nazwisk, żeby nie rozpętać niepotrzebnej burzy. Ci, których mam na myśli i o których będę pisać są dosyć znani w medialnym świecie, a już szczególnie w Internecie (nie, nie chodzi o ks. Sowę). Można odnieść wrażenie, że portale społecznościowe, to ich druga plebania. Kto tam wejdzie może poznać wielebnego od każdej strony. Nie ma co: „prawda nas wyzwoli”, więc tę prawdę czasem z wielkim wysiłkiem próbuję przełknąć. A zobaczyć możemy zdjęcia nagich kobiet, do których dopisana jest wielka teologia, ale też grubiańskie, a czasem wulgarne słowa, dla których usprawiedliwienia szuka się w zdrowiu psychicznym, emocjonalnym rozładowaniu napięcia, w uczciwej autentyczności czy nawet w Piśmie Świętym. Ci księża lubią dzielić się swoimi „słabostkami” do różnorakich używek, udowadniając (nie wiem po co i nie wiem komu), że przecież też są ludźmi, ba, nawet mężczyznami! A facet bez zdjęcia z kuflem piwa w ręku czy też dymem przed oczami, to przecież żaden facet. Wydawać by się mogło, że z każdym lajkiem jego testosteron wzrasta! Wszystko to i wiele innych, im tylko znanych zachowań, kończy sposób prowadzenia rozmów. Zauważyłam dwa trendy: każdy z nich budowany jest na założeniu, że „ksiądz ma zawsze rację, bo jest księdzem”. Pierwszy, to rozmowa na luzie. Uczestniczą w niej głównie ci, którzy potwierdzają, że „ksiądz ma zawsze rację” i ewentualnie, dla urozmaicenia jedna czarna owca, która „księdza znowu się czepia”. Drugi, to rozmowa na poważnie. Ksiądz uczestniczy w niej do momentu, w którym nie jest wstanie odeprzeć argumentu. Nagle znika, nagle ignoruje pytania, a racji tak czy siak nie przyzna, bo przecież to „ksiądz ma zawsze rację!”.

Tak jak pisałam na początku, mnie spotkała niemiła fuzja tych dwóch trendów w jednej rozmowie, gdzie starły się poglądy tradycjonalistów (tradsów?) i NOM-ów.
Czytając te kilkadziesiąt komentarzy, miałam nieodparte wrażenie, że widzę nie dorosłych ludzi, mężczyzn, wierzących i wreszcie księży, ale gimbusy w koloratkach, które muszą sobie wirtualnie dowalić. Już po trzecim komentarzu, słowa nie dotyczyły tematu sporu, urazy, ale stały się śliną, którą pluto na prawo i lewo. Było to dla mnie przesmutne doświadczenie, bo o ile sama bywam choleryczna, wiem, że taką dziecinadę można stłamsić w zalążku blokując użytkownika, który działa mi na nerwy, usuwając go z listy znajomych, albo usuwając drażliwy temat. Nie wspominając już o zwyczajnym ignorowaniu „zaczepki”. Tymczasem ksiądz-gospodarz swojej internetowej plebanii, nie dość że wpuścił do środka wszystkich, którzy chcieli, to jeszcze prostacko prowokował ludzi do kłótni, czemu poklaskiwali jemu podobni.

Święcenia kapłańskie nie są magicznym środkiem na dojrzałość i dlatego oczekuję, że tej dojrzałości księża po prostu będą się uczyć, bez względu na kapłański staż. Nie wystarczy formalnie być mężem, ojcem czy księdzem – trzeba być DOBRYM mężem, ojcem lub księdzem.
Założenie obrączki, sutanny czy koloratki nie czyni nikogo automatycznie autorytetem w sprawach małżeńskich czy duchowych. Odpowiedzialność za słowo rzucone w ocean Internetu jest Waszym obowiązkiem drodzy księża. Bo to Wy głosicie Słowo.
Nie zniżajcie się do poziomu kabaretu Limo i jego „odkrywczych” żartów o pierdzeniu. Przekleństwo lub kontrowersyjne słowo, to najzwyczajniej w świecie kiepski sposób na głoszenie Chrystusa. Przypomina on zapalenie zapałki, która daje chwilowe światło, a potem już tylko dym i smród siarki.

Pomimo takich ewenementów cieszę się, że księża są obecni w Sieci, że pokazują swoją ludzką stronę, że większość z nich umie normalnie się porozumiewać i bardzo bym chciała, żeby historii, jak ta ostatnia, było coraz mniej, by poważne spory księża rozwiązywali prywatnie, a nie na oczach wiernych, którzy mogą mieć wówczas słuszne wątpliwości: kto kogo ma prowadzić w wierze?