Szału nie ma, jest rak


Obiecałam przyjaciółce, że napiszę dwa słowa o tytułowej książce, więc do dzieła! Moim celem nie jest zachęcanie was do zakupu, ale podzielenie się swoimi wrażeniami. Z pewnością nie muszę tej pozycji nikomu polecać, bo i w sieci i w telewizji przeszła nad nią fala zachwytów. Dlaczego i ja popłynę z jej prądem? Bo dawno nie czytałam czegoś tak odartego z pobożnych słów, a jednocześnie tak mocno mówiącego o Bogu, drugim człowieku, wierze, życiu i miłości.

Po pierwszym „spotkaniu” z ks. Janem Kaczkowskim, za pośrednictwem ekranu monitora, zamówiłam tę książkę od razu. Kiedy wzięłam do ręki egzemplarz, usiadłam na pobliskiej ławce i zaczęłam czytać. Wciągnęłam się totalnie. I nie dlatego, że wywiadu udzielił ksiądz z nowotworem mózgu, nie dlatego, że w książce padają ostrzejsze słowa, ale dlatego, że ta opowieść o życiu w perspektywie śmierci i życia wiecznego, jest szalenie prosta, szczera, czasem bolesna, ale niezmienne motywująca do przemyślenia własnego życia.

Historia księdza Jana nie jest tanim wyciskaczem łez, ale jest porywającą opowieścią o tym co nieuniknione: o pożegnaniu z ukochanymi osobami, odpowiedzeniu sobie na pytanie czy  wierzę w Boga i jaka jest moja miłość do Niego, do siebie i drugiego człowieka. Jest to opowieść przeplatana mnóstwem ludzkich przeżyć, lęków, radości i marzeń. Przytaczane przez księdza sytuacje z hospicjum nie wzbudziły we mnie strachu przed chorobą, śmiercią czy samotnością, wręcz przeciwnie, uczyniły ze mnie uczestnika tych wydarzeń i pozwoliły spojrzeć na to wszystko z poczuciem sensu. Jest sens żyć pełnią szczęścia nawet w najbardziej beznadziejnym położeniu i jak mówi ks. Jan „przed śmiercią zrobić coś pożytecznego”. Jest sens dobrze przygotować się do śmierci, nie znając jej terminu i potraktować ją „jako oczywisty etap życia”. Jest sens być przy kochanej osobie, która umiera, bo wtedy tej bliskiej miłości potrzeba najbardziej. I właśnie o tym doświadczeniu mówi ksiądz Jan. A ja uwierzyłam mu na słowo, że „hospicjum to centrum życia”.

Na koniec przytoczę fragment książki: „(…) nie będę heroicznie udawał, że jest mi z chorobą i śmiercią dobrze, że bez krztyny lęku idę do „domu Ojca”, bo to nieprawda. Jasne, że jeszcze bym sobie pożył. Postaram przygotować się na śmierć i ją samą przeżyć godnie i z klasą. Ale czy to się uda? Wiem też, że w mojej chorobie może być taki moment, kiedy będę w ćwierć kontakcie, ale tymczasem to przyszłość. Dziś jest taki piękny dzień, właśnie zjedliśmy dobry obiad – przyznasz, że moja mama świetnie gotuje?”.

 

niemaszalu