Poliamoria - związek bez związku


Poliamoria obiła mi się o uszy już jakiś czas temu. Uznałam to wówczas za bezpłatną rozpustę, do której dopisuje się wygodną ideologię: przyjacielsko-miłosno-seksualną. Zdania nie zmieniłam, a upewniło mnie w nim najnowsze wydanie Newsweeka. Dla jeszcze niewtajemniczonych poliamoria to związek (również seksualny) kilku/nastu osób.

Ludzie, którzy decydują się na taki styl życia mówią o bezpieczeństwie, które sobie dają. Ich zdaniem w tej sieci związków nie ma mowy o zdradzie (każdy o sobie wie), o zazdrości czy samotności po rozstaniu, przecież ma się kilku partnerów. Ba, Joanna Erbel stwierdziła nawet, że - Jeżdżenie z kimś cały dzień na rowerze po mieście jest (dla mnie) bardziej intymne niż pójście z kimś do łóżka – to chyba najsmutniejsze zdanie jakie kiedykolwiek słyszałam w kontekście seksualności i związku.

Po przeczytaniu kilku takich stwierdzeń od razu wpadły mi do głowy hipotetyczne sytuacje i pytania:

1. czy jeśli byłabym w związku z Adamem, Mateuszem, Robertem, Kasią i Basią – i „większą” miłością darzyłabym Roberta, a on z kolei bardziej angażowałby się w relację z Kasią, a mnie i Basię „odwiedzał” z doskoku, w razie „potrzeby”, bo akurat Kasia wyjechała na wakacje – to czy naprawdę istnieje taki mechanizm obronny, który pozwoliłby mi nie czuć się ani zdradzoną, ani mniej kochaną, ani zazdrosną, ani nawet osamotnioną???

2. jak w poliamorii można mówić o poczuciu bezpieczeństwa, skoro z definicji ten rodzaj związku jest niestabilny, zmienny, chwiejny, nieprzewidywalny?

3. przyjmując do wiadomości fakt, że jedynym 100% zabezpieczeniem przed ciążą jest „szklanka wody zamiast”, jak poliamoryści zapatrują się na ewentualne i nieplanowane rodzicielstwo? Czy w ogóle wyobrażają sobie taką sytuację: Kasia zachodzi w ciąże, ale nie wie czy z Adamem, Mateuszem czy z Robertem. Po badaniach na ojcostwo okazuje się, że jednak nie jest nim upragniony Robert, ale Adam, który miał szczęśliwy miesiąc i zapłodnił również Basię.

4. czy dopuszczają taką myśl, że Kasia będąc na wakacjach i uprzedzając o chęci przespania się z kolejną osobą, „spontanicznie” i w przypływie feministycznej emancypacji wskoczy do łóżka kogoś kto ma chorobę weneryczną i tym wirusem podzieli się z nimi po powrocie? A jeśli mają taką świadomość, to czy naprawdę są tak naiwni, by wierzyć, że mały balonik uchroni ich przed zakażeniem?

Dla porównania załączam zdjęcie, na którym widać jak w Stanach wygląda strój zabezpieczający lekarza podczas operacji nosiciela wirusa HPV, w której może dojść do wymiany jakichś płynów oraz jak wygląda, zdaniem propagatorów prezerwatyw, „wystarczające” zabezpieczenie przed tym samym wirusem podczas seksu, to ta mała gumka w srebrnym opakowaniu.

ScreenShot007

Cały ten dziwny, emocjonalno-seksualny twór jest – paradoksalnie – skarłowaciałą i ograniczoną formą realizowania siebie w związku. Nie ma w nim mowy o „pracy nad związkiem”, o budowaniu czegoś trwałego, co z zasady jest nietrwałe i płynne, a seks odzierany jest z intymności na tyle, że trzeba jej szukać w „przejażdżce rowerowej”.

Współczuję tym ludziom, po prostu. Bo nie trzeba być psychologiem, by domyślić się jak wielki deficyt miłości mają w sobie ci, którzy szukają jej w kilku/nastu osobach na raz oraz jak wielki musi być w nich lęk przed zranieniem, odrzuceniem i samotnością skoro ich zabezpieczeniem jest myśl, że w razie kryzysowej sytuacji jest kilka (zapasowych) osób, które pójdą z nimi do łóżka i powiedzą „kocham cię”.